niedziela, 7 listopada 2010

Narodziny Waginy

      Są lata osiemdziesiąte, wczesny poranek... końca zimy, nagle wydostaję się na powietrze. To dzień moich narodzin. Nazywam się Wagina, jak miliony innych, podobnych do mnie wagin. Co z tego, że tak się nazywam, skoro nikt do mnie tak nie mówi, zazwyczaj mówią o mnie jakoś tak...bezcieleśnie. Przez pierwsze tygodnie mojego życia... żyję w ciągłym otoczeniu moczu i fekaliów. Nic dziwnego, skoro jestem Jej częścią. Jej-noworodka. Ciągle mnie duszą pod pieluchą (tetrową oczywiście!), odparzona... niejednokrotnie, smarowana mazidłami, posypywana mąką krupczatką. Co za horror! Jedynymi momentami przyjemności są te chwile, gdy Ją kąpią, wtedy pluskam się w cieplutkiej wodzie, otaczała mnie ze wszystkich stron... cudowne uczucie.

Po kilku miesiącach, gdy nastaje ciepłe lato pozwalają mi oddychać i leżeć bez pieluchy! Kocham lato Matko Naturo!
Gdyby mogło trwać wiecznie...
Wystawiona na działanie powietrza, czułam się jak w salonie SPA, odżywiona i dopieszczona. Czasem docierały do mnie ciepłe promienie słońca, ogrzewając delikatną skórę.
Niestety, nic co dobre nie trwa wiecznie, po lecie nadchodzi jesień, trzeba się zakryć. I znów w odorze, piekąca i odparzona po wielokroć...za co! 

I ta moja właścicielka... kompletnie nie interesująca się moimi potrzebami, co się jednak dziwić takiemu dzikuskowi, jak sama nie umie nawet nic w ręce złapać...niezdara.

Czy wiecie jednak co jest najgorsze? Nie wiem jak wyglądam... patrzą na mnie jedynie przelotem... czy jestem taka brzydka? A Ona! Ona nigdy na mnie nie patrzy... od jakiegoś czasu przechodzi fascynację... dużym palcem u stopy...

Czy coś jest ze mną nie tak...?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz