Są lata osiemdziesiąte, wczesny poranek... końca zimy, nagle wydostaję się na powietrze. To dzień moich narodzin. Nazywam się Wagina, jak miliony innych, podobnych do mnie wagin. Co z tego, że tak się nazywam, skoro nikt do mnie tak nie mówi, zazwyczaj mówią o mnie jakoś tak...bezcieleśnie. Przez pierwsze tygodnie mojego życia... żyję w ciągłym otoczeniu moczu i fekaliów. Nic dziwnego, skoro jestem Jej częścią. Jej-noworodka. Ciągle mnie duszą pod pieluchą (tetrową oczywiście!), odparzona... niejednokrotnie, smarowana mazidłami, posypywana mąką krupczatką. Co za horror! Jedynymi momentami przyjemności są te chwile, gdy Ją kąpią, wtedy pluskam się w cieplutkiej wodzie, otaczała mnie ze wszystkich stron... cudowne uczucie.
Po kilku miesiącach, gdy nastaje ciepłe lato pozwalają mi oddychać i leżeć bez pieluchy! Kocham lato Matko Naturo!
Gdyby mogło trwać wiecznie...
Wystawiona na działanie powietrza, czułam się jak w salonie SPA, odżywiona i dopieszczona. Czasem docierały do mnie ciepłe promienie słońca, ogrzewając delikatną skórę.
Niestety, nic co dobre nie trwa wiecznie, po lecie nadchodzi jesień, trzeba się zakryć. I znów w odorze, piekąca i odparzona po wielokroć...za co!
I ta moja właścicielka... kompletnie nie interesująca się moimi potrzebami, co się jednak dziwić takiemu dzikuskowi, jak sama nie umie nawet nic w ręce złapać...niezdara.
Czy wiecie jednak co jest najgorsze? Nie wiem jak wyglądam... patrzą na mnie jedynie przelotem... czy jestem taka brzydka? A Ona! Ona nigdy na mnie nie patrzy... od jakiegoś czasu przechodzi fascynację... dużym palcem u stopy...
Czy coś jest ze mną nie tak...?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz